KALENDARIUM 2014

Zakończ stary, rozpocznij nowy.

Późno, ale jest. Podsumowanie 2014.

Rok 2014 był dla nas przełomowy. Działo się wiele, a czasem nawet zbyt wiele.

Zmiany, zmiany, zmiany.

Począwszy od przeprowadzki do własnego mieszkania, Karola debiutującego w roli przedszkolaka, nowego miejsca pracy Dominika, a nawet powrótu do pracy w moim wykonaniu.

Czas na ekspresowe podsumowanie.

Styczeń, upłynął pod znakiem wielkiego zimowego lenistwa. Nasze podróże ograniczały się głównie do spacerów nad pobliski zbiornik wodny. Zimą odrobinę buszowaliśmy w śniegu. Nie wiele bo białego puchu spadło jak na lekarstwo. Czekały na nas w zamian wesołe wieczory w towarzystwie małego rozrabiaki. Po godzinach, zmęczona i totalnie rozleniwiona, sięgałam po dobrą książkę, gruby koc i gorącą herbatę z cytryną. Ukradkiem spoglądając na męża komputerowca i śpiącego Karola, rozkoszowałam się chwilą dedykowaną tylko dla mnie.

Luty, zainspirował nas do snucia noworocznych planów (jak zwykle z opóźnieniem). Stał się motywacją do skompletowania garderoby na sezon wiosna-lato 2014 i  jednoczesne pozbycie się staroci, od dawna zalegających na dnie szafy. Luty to miesiąc zakochanych. Od pewnego czasu króluje dziwaczna reguła negowania wszystkiego co hucznie świętowane i sprawia komuś radość. Ludzie starają się działaś kapryśnie i na przekór (nie wiedzieć czemu). Kochać ludzi należy przez cały rok, nie tylko w Walentynki. Wiadomo, ale przecież każdy powód do celebrowania jest dobry. Czy nie warto czasem wyskoczyć na romantyczną randkę lub do kina? Zmieniając w ten sposób, naturalną monotonię życia. Małe gesty mają bardzo istotne znaczenie w budowaniu zdrowo funkcjonującego związku (wiem co mówię), podsycaniu emocji itd. 14.02 obowiązkowo spędzamy w kinie i na romantycznej kolacji (kolejność dowolna). W ten jedyny i niepowtarzalny dzień w roku, wskakuję w małą czarną lub inną równie pociągającą małą, niebotycznie wysokie szpilki. Usta pokrywam czerwoną szminką i kuszę męża, jak na pierwszych niewinnych i bardzo romantycznych randkach. Wiecie co… Kocham to! Wiem, że on też.

W marcu sporo buszowaliśmy w kuchni. Zaczęło się od domowej Pizzy, a skończyło na nocnej eskapadzie po McFLURRY do McDonald’s (przy okazji odwiedzin u znajomych z PRIMEPHOTO. W mieszkaniu moich rodziców za sprawą zimowych nudów, powstały odlotowe kartonowe budowle, w których spędzaliśmy kilka godzin dziennie. W dni słoneczne, odbywaliśmy rodzinne eskapady za miasto w poszukiwaniu pierwszych oznak wiosny. Szukaliśmy i znaleźliśmy. Tegoroczna wiosna, rozgościła się w mieście stosunkowo wcześnie, ku radości wszystkich. Zimowe kurtki poszły w zapomnienie. Dzięki czemu przynajmniej na pół roku, pożegnaliśmy marudzenie Karola w trakcie wychodzenia z domu. Ubieranie dziecka zimą… rajtki, sweter, spodnie, szalik, czapka, kurtka itd. Maraton potu i łez plus dwugodzinne spóźnienie na obiad u mamy. Nie wspomnę już nawet o problemie z toaletą, zaraz po szczęśliwym finale z ubieraniem, gdy zakładanie wszystkiego zaczynamy od nowa.

W kwietniu, to żadna niespodzianka: hodowaliśmy rzeżuchę (notorycznie podkradaną przez Karola – na zdrowie synku). Święciliśmy pierwszą, rodzinnie wykonaną palmę (hand-made absolutny). Szkoda tylko, że podczas konkursu palmowego, Karol zwiał na szary koniec kościoła i tyle go widziano. Był czas na palmę, ale i na jajka, nie tylko te z kinder niespodzianek. W pięknie przystrojonym przez ciocię Iwonkę koszyczku, święciliśmy na całego. Po pracy Dominika, podróżowaliśmy po Puszczy Dulowskiej w poszukiwaniu żubra i innych leśnych zwierzaków. W przydomowym ogrodzie dmuchaliśmy najpotężniejsze w świecie, kolorowe bańki, a w kuchni babci Agatki, wspólnymi siłami, upiekliśmy nie jedno pyszne ciasto. Koniec kwietnia to czas przełomowy. Urodziny Dominika i moje. Dzień po dniu. Ciekawy zbieg okoliczności, by przez jedną ulotną chwilę w roku, mieć tyle samo lat. On 28 kwietnia, ja 29 tego samego miesiąca. Różnica lat, jeden rok. Reszta zostanie tajemnicą.

Maj to czas na kolorowe garden party, biwakowanie na kocu przed domem rodziców i wielki słoneczny relaks w plenerze. To czas na słodkie jak miód soki owocowe. To pierwsze lekko kwaśne truskawki i kolorowe pąki kwiatów w przydomowej rabatce mamy. W Maju obowiązkowo odwiedzamy Kraków. Miasto studentów, wiecznie tętniące życiem. Podczas całodziennego wypadu, nigdy nie zapominamy o postoju przy grajkach ulicznych. Absolutnym numerem jeden według Karola jest Imad Fares. Pięknej muzyki w wykonaniu zagranicznego artysty, możemy posłuchać na płycie Głównej Rynku. Muzyka Imada, nie tylko ożywia atmosferę Rynku, ale stanowi jego niewątpliwą ozdobę, przyciągając ludzi z Krakowa, ale także ogromną liczbę turystów z Polski i całego świata. Poza pokazami muzycznymi w wykonaniu światowej sławy wykonawców, dumnie wsłuchujemy się w pierwsze nieśmiałe poczynania muzyczne naszego synka. Gitarowe pokazy serwowane dzień i noc – to jest to! Prawdziwy, mały artysta z duszą na ramieniu. Pewnego dnia będzie wielki! Maj to biwakowanie nad Wisła u Podnóży Wawelu i nasze Mother Power (Żanetka – dałyśmy czadu)! To pełne ciepłych powiewów wiosennego wiatru, spacery na Bożniową Górę w naszym mieście. To wieczorne, niekończące się rozmowy przy ognisku. Gorące kiełbaski z grilla i kaszanka, przegryzane domowej roboty ogórkami i chlebem wypiekanym przez moją mamę. Pojawia się również wątek alkoholowy, ale o tym po 22iej. W końcu jesteśmy dorośli.

W Czerwcu, hucznie i kolorowo, obchodziliśmy Dzień Dziecka. Były balony, piraci, konkursy i dmuchane zamki – wszystko dla kochanych, najmłodszych obywateli ziemi chrzanowskiej. Mieliśmy również okazję odwiedzić malowniczą stolicę naszego pięknego kraju. Do Warszawy zawitałam po raz pierwszy, ale nie ostatni. Tego roku w stolicy spędziliśmy dwa urocze weekendy. Podróż czysto naukowo-przyjacielska, miała również bardzo sentymentalny charakter. Warszawa przyprawia o dreszczyk niezapomnianych emocji i ciarki na plecach. Pozostałe czerwcowe weekendy, przeznaczyliśmy na podróże z dzieckiem. W ramach warszawskiej (wyjechaliśmy bez Karola) rekompensaty, odwiedziliśmy chociażby bajkowy Zator. Czerwiec to dla nas bardzo ważny miesiąc. 23 dnia… a raczej nocy (3:15), na świat przyszedł nasz kochany synek. Niespodzianka z okazji Dnia Ojca i nie tylko. Tak długo wyczekiwany, tak bardzo upragniony, cudowny skarb. Żyj nam sto lat synku!

Wakacje 2014, to czas relaksu absolutnego i wielkie przygotowania Karola do rozpoczęcia roku przedszkolaka. Lipiec, upłynął błogo i bardzo słonecznie. Mieliśmy cudowną okazję wygrzać nasze blade brzuchy, buszując po zielonym & słodkim winem płynącym mieście Nyíregyháza (Węgry). W towarzystwie naszych znajomych i ich córeczek, pałaszowaliśmy owoce na tony. Pławiliśmy się w gorących wodach zdrowotnych, urokliwego kompleksu basenów oraz w malowniczym zbiorniku wodnym, po którym pływały rowerki wodne przypominające samochody wyścigowe – odlot!. Odwiedziliśmy miejscowe Zoo i Skansen. Ogółem całkiem sporo zwiedziliśmy. Wieczorami chwile relaksu, serwowała nam niania elektroniczna. Dzieciaczki słodko zasypiały w jednym pokoju, a nas dorosłych czekała długo wyczekiwana chwila odpoczynku. Przy węgierskich przekąskach czosnkowych (palce lizać) i grze w rzutki, uśmialiśmy się na potęgę. Po powrocie z wakacji niezmiennie podróżowaliśmy tu i tam. Wykorzystując maksymalnie możliwie każdy promyk słońca. Po raz drugi z rzędu, mieliśmy okazję  uczestniczyć w Folklorystycznym Festiwalu w cieniu pradawnych chałup. Chwała Etno-mani! W przerwach na poszukiwanie gadżetów wnętrzarskich do naszego M, zajadaliśmy domowe lody owocowe – pycha! Jagody na zdrowie!

Wrzesień to powrót do złotej (jak liście spadające z drzew), niekoniecznie szarej rzeczywistości. To Karol w roli początkującego przedszkolaka, to praca i tylko praca, a po godzinach czas wielkiego remontu. To opary farb, lakierów, sterty kartonów, częste wycieczki do okolicznych marketów budowlanych & wnętrzarskich. To nowa wizja przyszłości, tej dorosłej, tak na serio. Sami dla siebie, na własny koszt. Z pełną świadomością skutków ubocznych. Mamy własne M! Jest cudownie!

Październik to rodzina na swoim. To miesiąc, który jednocześnie cieszy i załamuje. To nasz mały zakątek szczęścia tworzony od serca, a jednocześnie zmiany i jeszcze raz zmiany. Jeden telefon i zmienia się wszystko. Październik to nowa praca męża (na delegacji) i mój powrót do pracy po długiej przerwie (podczas, której zajmowałam się synkiem). To setki czułych rozmów, noce nieprzespane, szukanie lepszego jutra, wiara w to, że teraz będzie tylko lepiej, że tak właśnie być musi. Skoro inni przetrwali to my też. Złudne szczęście. Na nic wszystkie pieniądze świata. Rodzina powinna być w komplecie. Nie ważne gdzie, byle razem.

Listopad, ciągnął się jak żaden inny miesiąc. To pochmurne deszczowe dni. Wczesny zmrok, długa noc. To oczekiwanie, chwile radości i smutku na przemian. To wielka euforia wyczekiwanego Grudnia. Nasz zeszłoroczny kalendarz adwentowy miał nietypowy charakter. Odliczaliśmy na nim dni bardzo ważne dla naszej rodziny. Powrót męża do domu.

Grudzień to miesiąc magiczny. To rodzina w komplecie. W jednej sekundzie, wszystko staje się takie proste i nie martwi Cię nic, gdy obok jest on. Grudzień to długo wyczekiwany Mikołaj – bardziej świadomy (w końcu Karol ma 2.5 roku, sam ogarnia listę życzeń), to zapach choinki, upolowanej na ostatnią chwilę w pobliskim sklepie ogrodniczym. To ciastka muzyczne zastępujące tradycyjne pierniki. Grudzień to przede wszystkim rodzina, cenniejsza niż najprawdziwsze złoto. To pierwsza prawdziwa wizyta u fryzjera! Karolu byłeś bardzo dzielny! To Sylwester z gorączką w tle. Mimo to było i miło i bardzo wystrzałowo.

2014, był naprawdę żywiołowy.

Serwuję szeroki uśmiech do 2015.

Witaj, Zapraszamy!

Prosimy o same pozytywne zmiany!

No Comments Yet.

Dodaj komentarz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress